Bohaterowie

poniedziałek, 13 lipca 2015

Raz

Kolejne dni mijały tak samo. Gdy wstawałam rano Tylera nie było. W kuchni znajdowałam przyrządzone przez niego śniadanie i kartkę, żebym się uśmiechnęła oraz godzinę jego powrotu. Jadłam śniadanie i starałam się przygotować jakiś obiad. Gdy Titi wracał z treningu, jedliśmy razem obiad i znów jechał tym razem popołudniowy trening. A ja zostawałam i próbowałam zapomnieć. Nie ułatwiał mi tego Isaac, który wydzwaniał przez cały czas. Postanowiłam jednak nie obierać. Na uczelnię nie chodziłam, bo egzaminy miałam pozaliczane, a od przyszłego semestru miałam zamiar się przenieść. Nie wychodziłam nigdzie, bo miałam nieliczne ubrania, które kiedyś zostawiłam u Posey’a i te, w których byłam tamtego feralnego dnia. Na razie nie miałam siły wracać po żadne rzeczy do domu. Siedziałam właśnie na kanapie jedząc lody i oglądając po raz kolejny „Przyjaciół”, gdy do salonu wszedł Tyler.
- Mam dla ciebie niespodziankę –powiedział- w sobotę gramy z Metsami i załatwiłem Ci bilet. Tak wiem, jestem wspaniały nie musisz mi dziękować.
- Ale ja nie chcę nigdzie wychodzić.
- Siedzisz tu od kilku dni, musisz w końcu wyjść do ludzi. No weź, będzie fajnie. Nie daj się prosić.
- No nie wiem
- No chodź.                   
- No dobra, ale jest jeden warunek. Musicie im skopać tyłki, ale nie za bardzo, bo wiesz, że ich też lubię. – powiedziałam.
- No dobra, postaramy się ich nie zdemolować. – odpowiedział Tyler i zaczął się śmiać.
- To kiedy ten mecz? – zapytałam, bo chociaż bardzo kocham baseball, to przez to co się wydarzyło w ostatnim czasie byłam w tyle ze wszelkimi informacjami.
- Jutro o 18. Jedziemy razem czy osobno? W sumie głupie pytanie, jedziesz ze mną, samej cię nie puszczę.
- O dzięki, że dałeś mi zdecydować.
- No to wyjeżdżamy o 16. A teraz zmykam pod prysznic.
- Okej, okej.
Propozycja Posey’a  na wyjście na mecz poprawiła mi humor. Lubiłam Metsów, od zawsze był moim ulubionym klubem. Jednak najbardziej kibicuję Tylerowi, niezależnie kto jest przeciwnikiem Atlanty, chcę, żeby to on cieszył się ze zwycięstwa. Nie mogłam doczekać się tego meczu. Tak dawno nie widziałam go grającego, a kiedyś uwielbiałam ten widok, zresztą nadal tak jest. Następnego dnia to ja wstałam wcześniej, zrobiłam śniadanie i z uśmiechem czekałam na Posey’a.
- Hej śpiochu. – przywitałam go promiennie.
- No witam ranny ptaszku. –odpowiedział- co się stało, że ty już na nogach?
- Chciałam ci zrobić niespodziankę, masz dziś mecz, więc to ja przygotowałam śniadanie.
- Ooo, dziękuję.
- Nie gadaj tylko jedz. – mówiąc to podałam mu talerz z kanapkami.
Po śniadaniu rozpoczęliśmy przygotowania do meczu. Przez pół godziny szukałam odpowiedniej koszulki, ale nie mogłam żadnej znaleźć W sumie to nie miałam w czym szukać, bo nie mam praktycznie żadnych rzeczy. Zapukałam do pokoju Titiego i zapytałam:
- Hej kocie. Mam problem, nie mam może jakiejś koszulki na zbyciu, bo nie mam się w co ubrać..
- Poczekaj, powinienem coś znaleźć. O tu mam z tamtego sezonu meczową, może być?
- Tak. Jest super, dziękuję.
- Nie ma za co- powiedział i uśmiechnął się tak jak on potrafi najpiękniej.
Wróciłam do swojego tymczasowego pokoju, ubrałam koszulkę Posey’a i spojrzałam w lustro. Było w porządku. Pomalowałam jeszcze rzęsy, nałożyłam błyszczyk i byłam gotowa do wyjścia. Zeszłam na dół. Tam czekał już na mnie łapacz.
- To co idziemy? – zapytał
- Jasne.
Wyszliśmy z mieszkania. Wsiadłam do jego klubowego, wypasionego samochodu. Tyler  wrzucił najpierw sportową torbę do tyłu i dopiero wszedł do auta.
- Wow uszanowanko. Taka fura.- powiedziałam z uśmiechem.
- Tak wiem, jest super. I niestety nie dam ci poprowadzić, jest dla mnie zbyt cenna.
Udawałam obrażoną, ale po chwili, gdy Posey włączył nasze ulubione piosenki nie potrafiłam się gniewać, jechaliśmy na stadion fałszując niemiłosiernie kolejny raz kawałek AC/DC. Po chwili dojechaliśmy na stadion i nasze piękne śpiewnie ucichło. Łapacz wskazał mi miejsce, w które mam się udać. Kazał mi się porozglądać na obiekcie, bo kibiców i tak jeszcze nie ma, a on musi iść teraz do szatni wysłuchać ostatnich uwag od trenera Buttsa i reszty staffu. Zapytałam go tylko o to gdzie mam miejsce, powiedział, że z taką wejściówką jaką mam mogę być wszędzie, byłam z tego powodu bardzo zadowolona. Udałam się na trybuny, które o tej porze były jeszcze puste, ale pewnie w trakcie meczu nie będzie wolnego miejsca. Kibice w Atlancie kochają baseball, a dodatkowo przeciwnikiem są Metsi, więc stadion będzie wypełniony. Ludzie zaczęli się powoli schodzić, więc poszłam na swoje miejsce, które znajdowało się tuż obok ławki Braversów. Mecz był naprawdę emocjonujący. Po ostatnim inningu było słychać tylko radość kibiców Atlanty. Oczywiście, nie mogliśmy po meczu iść od razu do samochodu. Posey został z kibicami rozdając autografy, później udzielał jakiś wywiadów. Ja nie pchałam się tam, więc udałam się do środka stadionu. Weszłam w korytarz który prowadził do szatni obu zespołów, usiadłam na podłodze i czekałam. Nagle usłyszałam piski dziewczyn i chłopaka który biegł oglądając się za siebie. Nie zauważył mnie i po chwili potknął się i runął jak długi.
- Uważaj jak chodzisz! – krzyknęłam
- Przepraszam, nie widziałem Cię. Poza tym nie spodziewałem się, że ktoś będzie siedział w drodze do szatni, na środku podłogi. – powiedział chłopak i wstał.
- A ja nie spodziewałam się, że wpadnie na mnie jakiś wariat! – odgryzłam się.
- Kto normalny siedzi na drodze do szatni? Gdybyś się nie rozwaliła na całą drogę to bym na ciebie nie wpadł.
- Gdybyś się rozglądał to byś nie wpadł.
- No przeprosiłem przecież. – powiedział już bardziej przyjaznym tonem.
- Dobra, nie ma sprawy. – powiedziałam i zaczęłam zmierzać ku wyjściu, nie miałam ochoty z nim dyskutować.
- Poczekaj!- krzyknął- może jakaś kawa w ramach przeprosin?- zapytał.
- Może.. – odpowiedziałam i wyszłam na zewnątrz.

Powoli wszyscy zawodnicy zaczęli wchodzić do szatni. Stanęłam przed wejściem obserwując co się dzieje na zewnątrz, powolnie zmierzając do samochodu Posey’a. W końcu znudzona zaczęłam rozglądać się po okolicy, dawno tu nie byłam. Patrząc w dal dostrzegłam znajomą sylwetkę, nie wierzyłam w to co widzę, to nie mógł być on..

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz